Trekking
TATRY 2004 ZIMA

Tatry w lutym, czyli szkoła brodzenia...
Czas: 18-21 luty 2004
Miejsce: Dolina Roztoki, Pięciu Stawów i Rybiego Potoku
Specyficzny dla Tatr wybraliśmy okres - praktycznie największych opadów śniegu. Jednak dzień przed wyjazdem ogłoszono dopiero II stopień zagrożenia lawinowego, więc była szansa, choć niewielka, zdobycia jakiegoś szczytu. Uwzględniamy jednak możliwość uszczuplenia ambitnych planów do rejonu dolin. Na miejscu zobaczymy - pierwszy cel to Dolina Pięciu Stawów Polskich.
Dzień I - Zimowa lekcja pokory
Pierwszy dzień tej iście zimowej eskapady zaczął się dla mnie dość późno, a to z dwóch powodów. Po pierwsze wiedziałem, iż tego dnia wędruję sam, bo Heniu dojedzie nazajutrz. Po drugie, choć to właściwie było uwarunkowane pierwszym, pozwoliłem sobie na dość "leniwy" transport do Zakopanego (akurat ojciec jechał do Krakowa, więc skorzystałem z podwozu) i w efekcie w Palenicy wylądowałem sporo po 15tej. Wniosek - powoli dzień się kończył...
Zaczynając o tej porze wędrówkę do schroniska na Pięciu Stawach wiedziałem, iż będę zmuszony dreptać po ciemku, ale tego się nie obawiałem - lampa w plecaku dodaje otuchy. Zresztą maszerując Doliną Białki (potwornie nudnie, jak zawsze :/ ) i Doliną Roztoki załapałem się jeszcze na ostatnie godziny światła dziennego. Gdy znalazłem się w punkcie, gdzie szlaki zielony (przez Siklawę, standardowo w zimie zamknięty) i czarny (żlebem) rozdzielają się, zaczęło zmierzchać. Na domiar złego - choć tego akurat się spodziewałem - o ile wcześniej dreptałem rozchodzonym szlakiem na Morskie Oko czy osłoniętą lasem Roztoką, o tyle teraz wyszedłem na otwarty teren - czytaj: pokrywa śnieżna z kilkunastu centymetrów wzrosła do średnio 50cm... Oczywiście sprawy być może miałby się w miarę dobrze, gdyby nie fakt, że od pewnego czasu zaczęło prószyć śniegiem wskutek czego widoczność zmalała do kilkunastu metrów.
Dwa razy tych samych błędów staram się nie popełniać, więc tym razem dzierżąc w kieszeni kompas (patrz ) dziarsko ruszyłem przed siebie, przedzierając się przez sięgający kolan śnieg.
W swojej bezmyślności popełniłem jednak jeden (może i więcej) błąd - sugerując się przebiegiem letniego szlaku podążyłem w kierunku wskazywanym liną kolejki transportowej, wiedząc, iż szlak biegnie miej więcej pod nią. Do pewnego momentu był to zresztą trafny wybór, ale dalej szlak zimowy biegnie sporo na lewo od trasy letniej wyznaczanej przez linę kolejki. Na lewo i w górę. Cóż robić - wiatr tnie zmrożonym śniegiem po twarzy, mrok wokół mnie gęstnieje, a przy świetle czołówki z powodu śniegu widać jeszcze mniej - decyduję się, pomimo poważnych obaw, na trawers żlebu podążając za jedynym widocznym punktem orientacyjnym - kolejką linową.
Po pewnym czasie docieram pod sporawą skałę, za którą zaczyna się zasadnicze strome podejście na Pięć Stawów. Mrok potęguje wrażenie stromości, a śnieg zebrany w żlebach mruczy uśpiona lawiną. Przestrzega. Montuję siedzisko w śniegu między załomami skały i... po chwili namysłu decyduję się na "telefon do przyjaciela" - TOPR. W rozmowie w miarę dokładnie lokalizują moją pozycję (słysząc wyraźne westchnięcie ratownika) i proszę o jakiś sygnał dźwiękowy lub racę, która wskaże mi właściwy kierunek do schroniska (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zszedłem ze szlaku zimowego i moje potencjalne podejście to akurat Zadni Żleb Litworowy o bardzo wysokim zagrożeniu lawinowym). Po jakichś 20 minutach raca i telefon - krótka wymiana zdań i zdecydowane polecenie odwrotu.
Szlag mnie trafia, bo wiem, że przede mną jeszcze 2 godziny dreptania, było-nie-było nudną w zimie, Doliną Roztoki. Życie jednak cenię bardziej.
W schronisku w Roztoce jeszcze tylko odmeldowanie u toprowców, którzy dają znać tym na Piątce, że doszedłem, i spanko...
Znów góry i pogoda okazały się silniejsze - uczą pokory...
Szlak:
Palenica Białczańska - Dolina Białki - Dolina Roztoki - podejście pod Zadni Litworowy Żleb - Dolina Roztoki - Schronisko w Roztoce
Dzień II - Decydujące podejście
Drugiego dnia wstaję rankiem, świeży i wypoczęty, konsumuję śniadanko i czekam cierpliwie na Henia. Dołącza do mnie gdzieś po 9tej, więc po herbatce i przygotowaniu prowiantu ruszamy na Pięć Stawów - jak dla mnie drugi już raz. Pogoda względna, ale na razie przynajmniej nie pada zbyt mocno, więc nastawiamy się optymistycznie.
Po ok. 2 godzinkach jesteśmy przy rozwidleniu szlaków w okolicy dolnej stacji kolejki transportowej. W świetle dnia widzę jaką głupotę zrobiłem poprzedniego dnia pchając się "na wprost", na dobrą sprawę jeszcze na prawo od szlaku letniego. Niestety śnieg prószy już dość mocno a wiaterek przycina solidnie, więc po szybkiej herbatce ruszamy w górę - tym razem zdecydowanie na lewo.
Już właściwie na początku trafiamy na 40m odcinek oblodzonego zbocza o nachyleniu ok. 35-45 stopni (poszliśmy jednak trochę za bardzo na prawo ;o) ), więc od razu wciągamy raki, a ja dodatkowo zamieniam jeden kijek na czekan. Okazało się to bardzo słusznym wyborem, bo już w połowie oblodzonej części drogi, spoglądając w dół wiemy, iż żaden z nas nie chciałby się potknąć czy pośliznąć.
Na tym etapie widoczność znacznie się pogarsza z powodu opadu i wiatru, więc idziemy po części wedle kompasu, a po części na wyczucie. Niestety jak to zwykle z wyczuciem bywa, często zwodzi nas ono w rejony, gdzie śnieg sięga klatki piersiowej i przed zrobieniem kolejnego kroku musimy najpierw rękami wykopać przejście przynajmniej do poziomu kolan. Przedzieranie się przez te masy śniegu mocno daje nam w kość - jak dotychczas jest to największy wycisk jakiego doznaję w zimie od gór.
Wiatr nasila się, a śnieg nie przestaje padać - do tego stopnia, iż podczas 5-minutowego postoju zbiera się na naszych kurtkach 2-centymetrowa warstwa śniegu, a konsumowane jabłko pokrywa się lodem pomiędzy kęsami. Nawet przez myśl nam nie przechodzi, żeby marnować czas i energię na robienie zdjęć. Byle jak najszybciej do schroniska, ciepła i posiłku.
Po ok. 3,5 (nie licząc 2 godzin przejścia doliną...) godzinach w końcu natrafiamy na tyczki. Wędruje się nadal fatalnie z powodu głębokiego śniegu i wiatru, ale przynajmniej mamy pewność, że dobrze idziemy. Teraz widzimy wyraźnie, jak bardzo zeszliśmy na lewo od zimowego szlaku. Choć z drugiej strony trudno powiedzieć, że nadrobiliśmy dużo drogi lub trudności - w takich warunkach w sumie wszystko jedno. Ewidentnym wsparciem tego dnia jest wzorowy ekwipunek - niezawodny ubiór (kurtki i spodnie z GORE wspomagane polarowym ociepleniem + zimowe buty), kompas, raki, kije oraz termosy z gorącą herbatą :) Tylko dzięki temu udaje się nam znosić te przepaskudne warunki bez większych problemów - psycha w dobrej formie wspiera dobry stan fizyczny :)
Wychodzimy na poziom Stawów i widzimy schronisko, ale radość trwa krótko - szacowane 30 minut drogi zamienia się w ponad godzinę, a to z powodu brodzenia w śniegu, nieraz po pas... W końcu jednak docieramy do naszej upragnionej "oazy", gdzie gospodarz schroniska wita nas radośnie, a toprowiec podsumowuje nas zdaniem: "Za wszelką cenę musieliście tu wejść dzisiaj?" Nie odpowiadamy. W końcu uśmiech na naszych wyczerpanych twarzach mówi wszystko.
Szlak:
Schronisko w Roztoce (1031) - Dolina Roztoki - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów (1664)
Dzień III - W śniegu po pas
Tego dnia pogoda od rana jest w miarę stabilna. Dzięki temu już nad ranem przybywają do schroniska dwaj kolejni turyści. Przyznają, że sporym ułatwieniem był dla nich przetarty szlak i dobra pogoda, przez co szli znacznie szybciej niż my. Po krótkiej naradzie stwierdzamy, iż poczekamy, aż nasi nowi znajomi się posilą i ruszymy razem na spacer Doliną Pięciu Stawów. Nieśmiało bierzemy pod uwagę możliwość podejścia pod Zawrat - w końcu od tej strony szlak jest łagodny - ale realnie mamy świadomość zmiennej pogody i głębokiego śniegu. Dodatkowo koledzy muszą na 15tą być z powrotem w schronisku, żeby zdążyć zejść przed zmrokiem do Zakopca.
Ruszamy - każdy wyposażony w obowiązkową parę kijków i odpowiedni ubiór, gwarantujący komfort przy przedzieraniu się przez potencjalnie głęboki śnieg.
I rzeczywiście - już po przejściu kilku kroków w stosunkowo płytkim śniegu, trafiamy w zaspę sięgającą bioder. Takich fragmentów jest sporo po drodze, a dla prowadzącego jest to poważna próba wytrzymałości i gibkości - nieraz nogi trzeba podnosić wysoooko w górę, do kąta prostego w pachwinie. Kijki zapadają się praktycznie po rękojeść w śniegu. Wędrówkę urozmaicają momenty oblodzone, z powodu których wędrujemy w rakach.
Z czasem pogoda pogarsza się i wicher zaczyna przycinać zmrożonymi drobinami śniegu po twarzy. Przy szałasie tuż przed odbiciem szlaku na Szpiglasową Przełęcz opuszczają nas znajomi. Dreptaliśmy do tego miejsca ok. 1,5h - czas letni to 30min! To chyba dostatecznie obrazuje proporcje między latem a zimą w dolinach (!) tatrzańskich. My sami podchodzimy jeszcze trochę dalej, do rozwidlenia szlaków, ale pogoda pogarsza się na tyle, że decydujemy się na odwrót. Po co mrozić tyłek, skoro i tak na Zawrat nie dojdziemy ;) Poza tym widoczność jest tak znikoma z powodu zamieci, że wracać musimy kierując się naszymi śladami (co bywa kłopotliwe na oblodzonych fragmentach ;) ).
Mimo wszystko wracamy do schroniska zadowoleni tą 3,5-godzinną wędrówką.
Szlak:
Schronisko na Pięciu Stawach - Dolina Pięciu Stawów Polskich - Rozgałęzienie szlaków - Schronisko
Dzień IV - Wracamy... ale nie od razu
To ostatni dzień naszej zimowej przygody z Tatrami, więc mobilizujemy się i już po 8.30 jesteśmy gotowi do wymarszu. Pogoda nienajgorsza - jak to rankiem - niebo zasnute chmurami, ale brak opadu i wiatru. Widoczność elegancka. Schodzimy do schroniska w Roztoce - idzie nam wybitnie szybko z powodu przetartego szlaku i braku większego opadu poprzedniego dnia - gdzie zatrzymujemy się na herbatkę i przepakowanie plecaków. Zabieramy tylko najistotniejsze rzeczy (herbatka, czekolady, kije, raki, czekan i aparat) i ruszamy na Morskie Oko.
Cierpię okropnie podczas wędrówki wyjeżdżoną przez sanie Doliną Rybiego Potoku z powodu lekko przydużych butów zimowych ("Muszę je sprzedać!"), ale mimo wszystko w ustalonym letnim czasie docieramy do schroniska na Morksim Oku. Schronisko zapchane przeróżnej maści pół- i ćwierć-turystami, więc stajemy na zewnątrz i popijamy herbatkę, kalkulując czas i oceniając warunki pogodowe. Mamy 2 lub 4 godziny żeby wrócić do Roztoki, zabrać plecaki i zdążyć na stosowny pociąg.
Z kolei z tarasu schroniska obserwujemy obniżającą się coraz bardziej mgłę. Nie było po niej śladu gdy dreptaliśmy na Morskie (cała grań odsłonięta), a o przybyciu do schroniska zdążyła już zasłonić Rysy. Już wtedy wiedzieliśmy, że dalej niż na Bulę nie ma sensu się wybierać. Zresztą - poprzedniego dnia ogłoszono IV stopień zagrożenia lawinowego (czyli zamknięcie szlaków powyżej granicy schronisk). Po krótkiej wymianie zdań z dyżurnym toprowcem decydujemy się ruszyć w górę, realnie oceniając możliwość dojścia jedynie do Czarnego Stawu.
I rzeczywiście - gdy wdrapujemy się na poziom Czarnego Stawu okazuje się, iż mgła zdążyła już zasłonić Bulę. Trudno - będziemy wcześniej w domu. Jeszcze tylko ostatnie zdjęcia i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze próbujemy odwieść od wejścia na Czarny Staw grupę pań w fantastycznych zimowych kozaczkach (czises!) tłumacząc, iż my ostatnie kilkanaście metrów przeszliśmy w rakach. Jednak panie (choć na szczęście nie wszystkie) są "mądrzejsze" i ryzykując połamanie odnóży na oblodzonym szlaku prą naprzód (co my już mamy szczerze gdzieś, obserwując ich zmagania z tarasu schroniska). Ave Ignorancja i Brak wyobraźni! Żal tylko toprowca, któremu szykuje się potencjalna robota - bo podejść oblodzonym zboczem jeszcze się jakoś da, ale przy zejściu o wypadek łatwo...
My tymczasem ruszamy na autobus monotonną i płaską drogą Doliny Rybiego Potoku po drodze zabierając i przepakowując plecaki w schronisku na Roztoce. Przed wyjściem pytamy grzecznie czy tą drogą widoczną na mapie, wiodąca ze schroniska na Polanę, można iść (bo po co drapać się niepotrzebnie z powrotem w górę) i uzyskawszy odpowiedź twierdzącą ruszamy w drogę. Czasu mamy "na styk" więc napieramy możliwie żwawym tempem. I wszystko idzie gładko do momentu, w którym, jakieś 5 minut przed wylotem "naszej" drogi na właściwy szlak, zatrzymują na WOPiści...
"A panowie wiedzą, że tędy nie wolno chodzić?"
"Ale na Roztoce powiedzieli nam, że można..." odpowiadamy.
"Właściwa droga wiedzie szlakiem, a nie tędy."
Lekkie zakłopotanie i zaczynamy ściemę - że my nie wiedzieliśmy, że jesteśmy wymęczeni po długiej trasie, bo ze schroniska na Piątce wracamy...
"A to wyście się tam dwa dni temu w tę zawieję pchali? To nieźle - słyszeliśmy przez radio" mówią żołnierze. Atmosfera od razu opada, o mandacie nie ma mowy. Tylko grzecznościowa wymiana zdań i pożegnanie, bo jesteśmy już trochę pod czasem. Uff...
W końcu do domu - niestety maksymalnie zatłoczonym pociągiem, bo akurat któreś z województw kończy ferie zimowe. To była udana wyprawa, choć następnym razem trzeba uderzać, kiedy jest zimno, ale jednak trochę mniej śniegu. Tak przynajmniej o metr...
Ponieważ wszystkei fotki wraz ze stosownym opisem od pewnego czasu wrzucam do galerii, więc tym samym nie zamieszczam ich tutaj. Zapraszam do działu
|